Święty Mikołaj - Parafia św. Mikołaja w Bydgoszczy-Fordonie

Parafia św. Mikołaja w Bydgoszczy-Fordonie
Parafia św. Mikołaja w Bydgoszczy-Fordonie
Parafia św. Mikołaja w Bydgoszczy
Przejdź do treści

Święty Mikołaj

Parafia

Święty Mikołaj z Miry, biskup, ok. 270, zm. 345-352.

Przez wiele lat św. Mikołaj należał do najbardziej znanych i czczonych w Kościele świętych. Dopiero w wiekach średnich palmę pierwszeństwa w popularności odebrał mu św. Antoni z Padwy (zm. 1231). Greckie imię Mikołaj znaczy etymologicznie tyle, co "zwycięski lud". Ma ono wiele odmian: Nikolas, Nikłaś, Klaus, Mikulasz, Miklos, Nichol itd. To również świadczy o popularności Świętego. I trzeba przyznać że wśród: 16 świętych, 6 błogosławionych i 1 błogosławionej, którym on właśnie dał początek, nie ma głośniejszego i opromienionego większą chwałą nad biskupa Miry.

Urodził się prawdopodobnie w mieście Patara w Licji (Mała Azja) ok. 270 r. Był jedynym dzieckiem zamożnych rodziców, uproszonym ich gorącymi modłami. Od młodości wyróżniał się nie tylko pobożnością, ale także uczuleniem na niedolę bliźnich. Po śmierci rodziców majątkiem swoim znacznym chętnie dzielił się z potrzebującymi. Tak np. ułatwił zamążpójście trzem córkom zubożałego szlachcica, podrzucając im skrycie pieniądze. O tym wydarzeniu wspomina Dante w swoim eposie. Wybrany na biskupa miasta Miry (obecnie Demre) podbił sobie serca wiernych nie tylko gorliwością pasterską, ale także troskliwością o ich potrzeby materialne. Cuda, które czynił, przysparzały mu jeszcze chwały. Kiedy cesarz Konstantyn I Wielki skazał trzech młodzieńców z Miry na karę śmierci za jakieś wykroczenie, nieproporcjonalne do aż tak surowego wyroku, św. Mikołaj udał się osobiście do Konstantynopola, by uprosić dla swoich wiernych ułaskawienie. Kiedy indziej miał swoją modlitwą uratować rybaków w czasie gwałtownej burzy od niechybnego utonięcia. Dlatego odbiera cześć również jako patron marynarzy i rybaków. W czasie zarazy, jaka nawiedziła także jego strony, usługiwał zarażonym z narażeniem własnego życia. Podanie głosi, że św. Mikołaj wskrzesił trzech ludzi, zamordowanych w złości przez hotelarza za to, że mu nie mogli wypłacić należności. Św. Grzegorz I Wielki w żywocie, który napisał o św. Mikołaju, podaje, że w czasie prześladowania, jakie wybuchło za cesarza Dioklecjana i Maksymiana (pocz. wieku IV) Święty był uwięziony. Uwolnił go dopiero edykt mediolański w roku 313. św. Mikołaj uczestniczył także w pierwszym soborze powszechnym, w Nicei (325), na którym potępione zostały przez biskupów błędy Ariusza.

Po długich latach błogosławionych rządów Święty odszedł po nagrodę do Pana 6 grudnia w latach 345-352. Ciało Świętego zostało pochowane ze czcią w Mirze, gdzie przetrwało do roku 1087. Dnia 9 maja tegoż roku zostało przewiezione do miasta włoskiego Bari. Dnia 29 września 1089 r. uroczyście poświęcił jego grobowiec w bazylice wystawionej ku jego czci papież bł. Urban II. Tu właśnie przy grobie św. Mikołaja odbył się w roku 1098 synod, który miał za cel połączenie Kościołów Prawosławnego z Rzymskim. Przewodniczył na tym synodzie papież bł. Urban II. Wśród zgromadzonych 184 biskupów był także prymas Anglii, arcybiskup św. Anzelm z Canterbury, który w tym czasie był na wygnaniu. W Bari przy bazylice św. Mikołaja istnieje dokument z wieku XII, opisujący dokładnie dzieje sprowadzenia relikwii Świętego. W Mirze byli już wówczas Turcy. Kupcom włoskim udało się wydobyć od nich zezwolenie na zabranie relikwii św. Mikołaja. Podane są nawet imiona dwóch kapłanów, którzy w tej uroczystości uczestniczyli: Lupus i Grinoaldus. Bari uprzedziło w tym Wenecję, która również myślała, by relikwie św. Mikołaja przewieźć do siebie. W Mirze do dnia obecnego zachowały się ruiny kościoła św. Mikołaja. Archeolodzy za zezwoleniem miejscowych władz tureckich odkryli ślady bazyliki pierwotnej. Św. Mikołaj jest głównym patronem Bari, chociaż przedtem był nim św. Sabin.

Obecna bazylika Świętego Mikołaja pochodzi z wieku XII. W roku 1197 odbyła się jej konsekracja, w której uczestniczył kanclerz cesarza Henryka VI i bardzo wielu biskupów. Krypta wszakże tejże bazyliki pochodzi z roku 1089. Jest ona trzynawowa i kryje w sobie grób Świętego z jego obrazem, który jest uważany za łaskami słynący. Palą się przed nim wieczne lampy, podobnie jak na grobie Świętego. Obraz jest bardzo dawny, wykonany na srebrnej blasze, przedstawia św. Mikołaja w stroju biskupa. W kościele górnym obok ołtarza głównego jest ołtarz św. Mikołaja, kuty w srebrze a nad nim jest także obraz Świętego. Bazylika posiada również skarbiec. Wśród darów można oglądać: artystyczny relikwiarz z wieku XII i diadem muzułmański z wieku XIII. Osobliwością bazyliki jest "święta kolumna", przy której miał według miejscowej tradycji być biczowany Pan Jezus. Kultu wszakże specjalnego słup ten nie odbiera. Podanie głosi, że kiedyś miał z kości Świętego wydobywać się pachnący płyn, zwany "manną". Wspomina o nim św. Jan Chryzostom (zm. 407), św. Metodiusz, również jak jego poprzednik patriarcha Konstantynopola (zm. 847), i inni. Miał on posiadać własności lecznicze. Ekspertyza naukowa, jaką przeprowadzono w ostatnich latach, wykazała, że Święty był wzrostu niskiego (167 cm), ale za to miał silną konstrukcję. Przy śmierci miał 72-80 lat. Badania przeprowadzono w 1957 roku. Wzięli w nich udział delegat papieski, kardynał Adeodato Jan Piazza i kardynał Grzegorz Piotr XV Agagian, 6 metropolitów i 19 biskupów. Bazylikę mają pod opieką dominikanie. Dwa razy w roku Bari urządza uroczystość ku czci św. Mikołaja: 9 maja i 6 grudnia. Pierwsza jest na pamiątkę sprowadzenia do Miry jego relikwii, druga - w dzień jego zgonu. Uroczystość majowa ma szczególnie uroczysty charakter. Odtwarza się bowiem w niej pamiątkę sprowadzenia relikwii. Całe miasto jest przystrojone galowo. Największy i najpiękniej ubrany statek wiezie złoconą, dwumetrową figurę Świętego w asyście mnóstwa przystrojonych barwnie statków, stateczków i łodzi. Gdy statek przywiezie figurę św. Mikołaja na brzeg, obwozi się ją po mieście na specjalnie przygotowanym powozie.

Miasto Bari liczy dzisiaj ok. 400000 mieszkańców i jest największym z miast nad Adriatykiem. Biskupstwo zostało tu założone w początkach chrześcijaństwa, podniesione do godności metropolii we wieku X. Tu właśnie spędziła ostatnie lata życia królowa Bona, żona króla polskiego Zygmunta II Augusta, pochodząca z książąt Bari, Sforzów.

Najstarsze ślady kultu św. Mikołaja napotykamy we wieku VI, kiedy to cesarz Justynian wystawił Świętemu w Konstantynopolu jedną z najwspanialszych bazylik. Cesarz Bazyli Macedończyk (w. VII) w samym pałacu cesarskim wystawił kaplicę ku czci Świętego. Do Miry udawały się liczne pielgrzymki. W Rzymie św. Mikołaj miał dwie świątynie, wystawione już we wieku IX. Papież św. Mikołaj I Wielki (858-867) ufundował ku czci swojego patrona na Lateranie osobną kaplicę. Z czasem liczba kościołów św. Mikołaja w Rzymie doszła do kilkunastu! W całym chrześcijańskim świecie św. Mikołaj miał tak wiele świątyń, że pewien pisarz średniowieczny pisze: "Gdybym miał tysiąc ust i tysiąc języków, nie byłbym zdolny zliczyć wszystkich kościołów, wzniesionych ku jego czci". Oczywiście, przesada to poetycka, ale jest w niej jądro prawdy. O popularności św. Mikołaja jeszcze dzisiaj świadczy piękny zwyczaj przebierania ludzi za św. Mikołaja i rozdawanie dzieciom prezentów. Odbywa się to w różnych formach: "Św. Mikołaj" przychodzi w przebraniu biskupa czy też Dziadka Mroza do domów, przyjeżdża na saniach, czy nawet jak w USA samolotem, lub helikopterem. W sklepach przez cały już adwent "Mikołaje" wręczają podarki dzieciom, kupione przez rodziców. Wydano podobiznę Świętego na znaczkach pocztowych we wielu krajach. Postać św. Mikołaja uwieczniło wielu malarzy i rzeźbiarzy. Wśród nich wypada wymienić: Agnolo Gaddi, Arnolda Dreyrsa, Jana da Crema, G. B. Tiepolo, Tycjana itd. Najstarszy wizerunek św. Mikołaja można oglądać w jednym z kościołów Beyrutu. Ten arabski fresk pochodzi z wieku VI.

W Polsce kult św. Mikołaja był kiedyś bardzo popularny. Jeszcze dzisiaj pod jego wezwaniem jest aż 327 kościołów w naszej Ojczyźnie. Po św. Janie Chrzcicielu a przed św. Piotrem i Pawłem idzie św. Mikołaj. W Poznańskim co siódmy kościół był wystawiony ku czci św. Mikołaja. Do najokazalszych należą kościoły: w Gdańsku i w Elblągu. Ołtarzy posiada Święty znacznie więcej, a figur i obrazów dobrze ponad tysiąc. Miał również św. Mikołaj z Miry swoje sanktuaria w Polsce. Do głośniejszych należało w Pierściu na Śląsku Cieszyńskim (do wieku XIX) i na Pomorzu w okolicy Koszalina (do wieku XVI). Święty odbierał kult jako patron: panien, marynarzy, rybaków, dzieci, więźniów i piekarzy. Zaliczany był do 14 Orędowników. Zanim jego miejsce zajął św. Antoni Padewski, św. Mikołaj był wzywany we wszystkich naglących potrzebach. Istniały także bractwa ku czci św. Mikołaja, jak np. w Benicach, Maniewie czy Żydowie.

O popularności św. Mikołaja w Polsce świadczy również i to, że jego imię było często nadawane. Wśród znakomitych Polaków dawnych czasów można wymienić ich krocie, a wśród nich: Mikołaj Kopernik (zm. 1543), Mikołaj Trąba (zm. 1422), pierwszy oficjalny prymas polski, Mikołaj Rey (zm. 1569), ojciec literatury polskiej, Mikołaj z Chrzanowa i Mikołaj z Krakowa (obaj z wieku XVI), kompozytorzy, Mikołaj z Kurowa, arcybiskup gnieźnieński, w latach 1409-1411 wikariusz generalny Królestwa w zastępstwie króla Władysława Jagiełły, Mikołaj Sęp Szarzyński (zm. 1581), poeta, czy Mikołaj Radziwiłł (zm. 1616), wojewoda trocki i wileński, pamiętnikarz. Także w pięknej literaturze polskiej dość często spotykamy się z tym imieniem. Topografia polska zna 62 miejscowości, które od imienia Mikołaja mogły zapożyczyć swoje nazwy. Wśród nich są miasta: Mikołajki i Mikołów.

Jak w całym świecie, tak i w Polsce rozpowszechnił się zwyczaj obdarzania dzieci podarkami albo w samo święto (6 XII), albo na "Gwiazdkę" (25 XII). Kolberg wspomina, że św. Mikołaj był czczony również w Polsce jako opiekun pasterzy, chroniący trzody przed drapieżnym zwierzęciem. Dlatego we wigilię święta (5 XII) pasterze pościli a w samo święto (6 XII) zamawiali nabożeństwa o opiekę nad zwierzętami domowymi. Aluzją wyraźną do tego zwyczaju są słowa Rozprawy między wójtem a plebanem Ambrożego Rożka, wydanej drukiem w 1543 roku:
Alboć wezmą, alboć daj - Tak kazał św. Mikołaj.
Bo jeśli mu barana dasz, Pewny pokój od wilka masz.
Z dniem św. Mikołaja lud polski łączył także przysłowia:
"Na Mikołaja porzuć wóz a zaprzęż sanie",
"Gdy śnieg pada, mówią, że św. Mikołaj brodą trzęsie".
Podobnych przysłów jest aż 16.


Biskup z Miry był autentyczną postacią, osadzoną w konkretnych historycznych realiach – przypomina ks. kan. Jerzy Horzela, kustosz największego polskiego sanktuarium św. Mikołaja w Pierśćcu na Śląsku Cieszyńskim. Do świątyni przybywają dziś kolejne grupy pielgrzymkowe, pragnące modlić się za wstawiennictwem patrona chorych i ubogich.

Zdaniem ks. Horzeli, trzeba ciągle przypominać, że św. Mikołaj był człowiekiem z krwi i kości, żyjącym na przełomie III i IV wieku na terenie dzisiejszej Turcji.
„Oczywiście wokół tej postaci z czasem narosły jakieś legendy. Jednak ostatnio robi się niej produkt marketingowy, który nie ma nic wspólnego ze św. Mikołajem. Ten błazen przyjeżdżający na saniach z Laponii to nie św. Mikołaj. To swoista desakralizacja świętości” – zauważa kapłan.
„Odarcie św. Mikołaja z wymiaru sakralnego jest efektem sprytu szatana, który kryje się pod szyldem Santa Claus w czerwonym kubraku” – mówi o. Atanazy Dębowski, ojciec duchowny w monasterze świętych Cyryla i Metodego w Ujkowicach koło Przemyśla, autor książki „Mikołaj – święty nieznany”.
Uciekaj, ty przebierańcu!

Święty Mikołaj to postać prawdziwa, święty Kościołów chrześcijańskich, a nie Santa Claus ani Dziadek Mróz, jak się go ostatnio przedstawia” – przypomina prawosławny mnich. Podkreśla, że jest on uznawany za świętego zarówno w Kościołach wschodnich, jak i w Kościele rzymskokatolickim. Uważa, że obecna komercja zakłamuje prawdziwy obraz świętego biskupa z Miry. „Zręczna podmiana św. Mikołaja na skandynawskiego bożka szczęścia lub sowieckiego Dziadka Mroza przechodzi bezboleśnie przez chrześcijańskie Kościoły, które wchłaniają ją i – biernie się jej poddając – tracą na swej tożsamości” – pisze w swojej książce o. Atanazy. Jego zdaniem, odarcie św. Mikołaja z wymiaru sakralnego jest efektem sprytu szatana, który kryje się pod szyldem Santa Claus w czerwonym kubraku i zamiast promować dzieła miłosierdzia, zachęca do zakupów, czym wypełnia cały przedświąteczny czas. O. Atanazy apeluje, że należy przypominać wiernym życiorys św. Mikołaja i powody, dla których stał się on symbolem dobroczynności, a dzisiaj w jego wspomnienie rozdawane są prezenty.

W ikonografii przedstawiany jest w stroju biskupim, prawą ręką czyni znak błogosławieństwa, a w lewej trzyma Ewangeliarz. Na ramionach założony ma omoforion, czyli szeroki pas z krzyżem.
(e-KAI)

Jak pisać nazwy własne osób świętych, np. św. Jan Ewangelista, św. Jan z Dukli, (przyimki wchodzące w skład nazwy piszemy małą literą, chyba że występują w pozycji początkowej nazwy). Przymiotnik święty w nazwach własnych osób świętych zapisujemy wielką literą, np. Święty Mikołaj o ile nie jest on skrócony, natomiast jeśli używamy skrótu, to zapisujemy go małą literą, np. św. Mikołaj. Zestawienie święty mikołaj, jak i sam wyraz mikołaj pisze się małą literą, jeśli nie chodzi o konkretnego świętego, lecz o figurkę lub postać związaną z obyczajem obdarowywania dzieci prezentami, np. W prezencie otrzymał mikołaja, Wynajął (świętego) mikołaja, Tata przebrał się za (świętego) mikołaja. Przed świętami na ulicach i w supermarketach pojawia się mnóstwo (świętych) mikołajów.
(WSO)

* * * * * * * * * * * * * * * * * *

Grubszy, starszy pan
Od kilkunastu lat w naszym kraju, przy okazji świąt Narodzenia Pańskiego, pojawia się postać starszego, grubszego pana w czerwonej pidżamie, z długą białą brodą i czapką zakończoną pomponem. Mieszka on na biegunie północnym wraz z gromadą elfów, które produkują mu zabawki. Chodzi, wołając "ho ho ho" i lata saniami, które ciągnie 12 reniferów. Jeden z nich ma czerwony, świecący się nos i nazywa się Rudolf. Od dziecka jednak mam obraz św. Mikołaja jako biskupa. Broniąc tradycyjnego obrazu Świętego Mikołaja, chciałbym przytoczyć parę argumentów racjonalnych oraz historię powstania "Santa Claus".

Washington Irwing w 1809 r. napisał satyryczny tekst, prześmiewczo traktujący znaczącą rolę Holendrów w Nowym Jorku. W opowieści tej nie zabrakło również św. Mikołaja (postać rozmiaru krasnoluda, w krótkich flamandzkich spodniach, w kapeluszu z szerokim rondem i z długą fajką). Jako że Irwing w młodości lubił wychodzić przez okno sypialni na dach sąsiadów i robić im żarty, wrzucając kamień do komina, nic zatem dziwnego, że w jego wersji św. Mikołaj miał lądować na dachach i wchodzić przez komin. William Gilley w swoim wierszu z 1821 r. dodał też owemu świętemu renifery. Rok później wydany anonimowo poemat A Visit From Saint Nicholas utrwalił w społecznej świadomości wymyśloną przez Irwinga wersję z kominem oraz rozwinął Gilleyowską koncepcję zastosowania reniferów jako napędu do sań.

Jednak nawet w XIX w. książki czy wiersze nie wystarczyłyby do dokonania trwałej, ogólnoświatowej zmiany św. Mikołaja w Santa Claus. Wtedy właśnie w sprawę wmieszała się... prasa. Do gry wkroczył "Harper's Weekly" wraz ze swoim rysownikiem, tym razem już niemieckiego pochodzenia, Thomasem Nastem. Postać zilustrowana przez Nasta jest już wyraźnie nazywana Santa Claus. Nadal stanowi rodzaj starego, grubiutkiego krasnala z fajką, dostającego się do domów przez komin. Warto zwrócić uwagę na gałązkę ostrokrzewu przy czapeczce, co zostało przejęte z tradycji brytyjskiej. W wydanej w 1869 r. książeczce Santa Claus and his works z poematem George'a P. Webstera i z ilustracjami Thomasa Nasta, Santa (ubrany już generalnie na czerwono, choć na części obrazków widać zielone cętki i białe elementy) wykonuje zabawki dla dzieci, mieszkając na biegunie północnym. Akurat te trzy elementy znakomicie się przyjęły, przynajmniej w późniejszych baśniach dla najmłodszych.

Obecny wzrost Santa Claus jest efektem czystego pragmatyzmu sprzedawców i ich ograniczonego budżetu na marketing. Oczywiście gruby krasnoludek powiększony do ludzkich rozmiarów, chcąc nie chcąc, zaczyna wyglądać jak przerośnięty krasnal, ale - jak widać - do dziś nikomu ten fakt nie przeszkadza. Niektórzy nazywają go nawet św. Mikołajem. Od tego czasu nastąpiło pomieszanie pojęć, kiedy to widząc Santa Claus, mówimy "święty Mikołaj". Ale jeśli już o nas mowa - jakim cudem ta nowa, zupełnie niepotrzebna nam postać nie tylko dotarła do Polski, ale wręcz wyparła z dziecięcej świadomości starego, dobrego świętego Mikołaja? Tu zaczyna się rola coca-coli, bo to ona rozpowszechniła nową postać na całym świecie, doprowadzając do zunifikowania naszych świątecznych wyobrażeń. Do czego był im potrzebny święty Mikołaj? Trzeba było nowy produkt... zarekomendować. Do tego właśnie posłużył nasz bohater - św. Mikołaj. A raczej jego nowa, zmieniona wersja - Santa Claus. To akurat oczywiste, w końcu postać świętego ascety, który rozdał majątek biednym, nie do końca nadawała się do... napędzania sprzedaży napojów chłodzących zimą. Baśniowy Santa Claus wręcz przeciwnie - z tego samego powodu niemal od początku wykorzystywali go również sklepikarze.

Żeby jednak powiązać w ludzkich umysłach tak odległe elementy jak, z jednej strony, zima ze świętami Bożego Narodzenia oraz, z drugiej, coca-colę, należało w zasadzie przejąć wyobrażenia o Santa Claus. Ten Santa, czegokolwiek by nie trzymał w ręku, stał się dla wielu ludzi synonimem świątecznej atmosfery. Jednocześnie warto podkreślić, że w dzisiejszych czasach nawet "coca-cola Santa" jest wyobrażeniem dosyć staroświeckim. W czasie kultu młodości i zgrabnej sylwetki widok grubego, radosnego staruszka stanowi i tak pozytywne urozmaicenie. Co nie zmienia faktu, że Santa nie jest i nigdy nie będzie prawdziwym Świętym Mikołajem.
ks. Marek Borowski
Natalia Kandudina
 
Stojąca Zoja – utajniony cud

W rosyjskiej Wikipedii historia ta została nazwana prawosławną legendą, ludową opowieścią, kościelnym podaniem.
 

Ale czy wiele znamy legend z dokładnym adresem pocztowym, konkretnymi datami i rzeczywistymi biografiami bohaterów? Mowa o najsłynniejszym cudzie, który wydarzył się w ZSRR w okresie wojującego ateizmu.
 

W noworoczną noc
 
Miasto Kujbyszew (obecnie Samara) w Nadwołżańskim Okręgu Federalnym ZSRR. Był sylwester 1955 r. W domu nr 7 na ulicy Czkałowskiej (obecnie ul. Czkałowa 84) zebrała się grupka młodzieży, żeby świętować nadejście nowego roku. Pośród nich była Zoja Karnauchowa, robotnica i komsomołka. Gdy zaczęły się tańce, Zoja nie miała partnera jej chłopak, Mikołaj, nie przyszedł na imprezę. Zobaczywszy w ciemnym kącie pokoju ikonę Świętego Mikołaja Cudotwórcy, dziewczyna beztrosko zawołała: „To też Mikołaj, więc z nim zatańczę!”. Gdy sięgnęła po obraz, jedna z jej przyjaciółek, próbując ją powstrzymać, zdążyła wykrzyknąć: „Zoja, nie grzesz!”.
 
Ale Zoja tylko się zaśmiała, mówiąc: „Jeśli jest Bóg, to niech mnie ukarze!”.
 
To, co zaszło potem, opisał w swoim raporcie dla regionalnego wydziału KGB starszy porucznik Koliesow. Tekst, wraz z zachowaną oryginalną stylistyką, podaje autor książki Rosyjskie piekło Andrzej Karaułow: „Towarzyszka Zoja Karnauchowa natychmiast zastygła w bezruchu. Pozostawszy na środku pokoju, tow. Z. Karnauchowa została sparaliżowana wraz z ikoną, którą przycisnęła do piersi. Towarzyszka Z. Karnauchowa nie upadła, tylko stała z ikoną Mikołaja Cudotwórcy w rękach. Ponieważ tow. Z. Karnauchowa nie wykazywała aktywnych oznak życia, ale stała z otwartymi oczami, tow. Popławski, członek Komsomołu urodzony w 1939 r., posłał po okręgowego oficera milicji, ale go nie było, zatem zadzwonił do odpowiedzialnej za rejonowy oddział milicji tow. Syrenkowej, która wysłała na ulicę Czkałowską nr 7 oddział milicji i zespół lekarzy ze szpitala miejskiego nr 2. Świadek Tarabarinow, urodzony w 1939 r., wybiegł na ulicę i zaczął siać panikę wśród okolicznych mieszkańców”.
 
Wieść o tym, co się stało, rozeszła się szerokim echem po mieście. Rankiem 1 stycznia 1956 r. przed domem na ulicy Czkałowskiej stali już podekscytowani ludzie. Prócz przestraszonych sąsiadów przyszli lokatorzy sąsiednich lokali i pomimo mrozu przybywało tam coraz więcej łudzi. Tłum rozrósł się do tego stopnia, że tramwaje nie mogły jeździć po sąsiedniej ulicy. Nadjechała konna milicja. Dom otoczono kordonem i nikogo nie wpuszczano. Mówiono, że nic się nie stało i nikogo nie ma w środku. Ale szybko pojawiły się pytania: Jeśli nikogo tam nie ma, to po co milicja? Dlaczego okiennice zamknięto? Co robią w środku lekarze?
 
W tym czasie lekarze bezskutecznie próbowali przywrócić Zoi zmysły. Wszystkie próby wykonania jej zastrzyku spełzły na niczym: igły gięły się i nie wchodziły w skórę nawet na milimetr. Nikt nie był też w stanie ruszyć dziewczynę z miejsca ani wyciągnąć z jej rąk ikonę. Zoja była jakby skamieniała. Mimo to żyła: oddychała, miała otwarte oczy i bijące serce. Na jej dłoni dało się wyczuć powolny, stały puls. Podjęto też próbę wycięcia pod nią drewnianej podłogi. Bezskutecznie, ponieważ siekiera od razu uległa stępieniu, a ze szczelin sączyła się krew.
 
Możemy sobie tylko wyobrazić, co przeżywali milicjanci wyznaczeni przez całą dobę do ochrony obiektu. Jedna z mieszkanek Kujbyszewa, Anna Fiedotowa, wspominała, jak podążała za jednym ze strażników, który schodził ze służby. Biegła za nim przez kilka przecznic, a kiedy byli sami na opuszczonej ulicy, spytała: „Jeśli tam nikt nie stoi, to dlaczego nikogo nie wpuszczają?”. „Nie wolno mi nic mówić” odpowiedział milicjant. „Ja pana nie wydam!” – obiecała dziewczyna. „A pani jest wierząca?”. „Tak”. Wówczas strażnik zdjął milicyjną czapkę i skłonił przed Anną Fiedotową głowę: jego włosy były całkowicie siwe. „To stało się przez jedną noc – odpowiedział cicho mężczyzna – a ja mam dopiero 28 lat”.
Zoya usuwa ze ściany wizerunek św. Mikołaja Cudotwórcy i zaczyna z nim tańczyć
Zoya wrasta na podłogę i zamienia się w kamień

Ponad cztery miesiące
Zoja stała tak 128 dni – bez snu i odpoczynku, bez jedzenia i picia, bez ciepłej odzieży, w nieogrzewanym pomieszczeniu. Mówi się, że czasami w środku nocy z domu dał się słyszeć głos łamiący serce: „Nawróćcie się! Wszyscy płoniemy w grzechach!”. Jeden ze strażników miał widzieć przez okno domu starca, który wziął ikonę z rąk Zoi (drzwi były nadal zamknięte). Odzież Zoi była pokryta kurzem, a włosy dziewczyny rozczochrane. Przed ciekawskimi oczami przykrywano ją prześcieradłem, jak żywy posąg.
Wszystko, co działo się w domu i wokół niego, pozostawało pod kontrolą służb specjalnych. Świadkowie byli uciszani, choć ich zeznania starannie dokumentowano. Dziennikarz Andrzej Karaułow twierdzi, że dokumenty w sprawie Zoi znajdują się w kilku grubych teczkach opatrzonych klauzulą „ściśle tajne”. Są tam też stenogramy posiedzeń partyjnych. W jednym z nich, z dnia 19 stycznia, czytamy: „Społeczności religijne są bardzo aktywne, a my niewystarczająco. Przykładem jest incydent na Czkałowskiej. Wymyślono to wszystko przed regionalną konferencją partii. Spisek religijny – nic więcej!” We wszystkich kolektywach Kujbyszewa w całym obwodzie rozpoczęły się masowe prelekcje i wykłady na temat ateizmu naukowego. Dla „zdemaskowania” cudu postawiono znanym komsomolcom zadanie rozpowiadania wszędzie kłamstw, że osobiście byli w tym domu i żadnego cudu tam nie widzieli.
Biskupowi prawosławnej diecezji przedstawiono do ogłoszenia z ambony, że na Czkałowskiej żadnego cudu nie było. „Dobrze odpowiedział hierarcha – ogłoszę. Ale najpierw muszę tam pojechać i zobaczyć. Nie mogę się powoływać na słowa obcych ludzi”. Dwa dni później dostał zakaz wyjazdu z miasta.
W opublikowanym 24 stycznia w obwodowej gazecie „Wołżańska Komuna” felietonie pt. Dziki incydent pisano: „Incydent na ulicy Czkałowskiej to dzikie, haniebne zajście. Służy jako zarzut pod adresem propagandowych pracowników komitetu miejskiego Komunistycznej Partii Związku Ra­dzieckiego”. W rzeczywistości całe to partyjne zamieszanie dało odwrotny od zamierzonego efekt.
Towarzysze wzywają milicję i karetkę,
ale lekarze nie mogą pomóc
Hieromonk Seraphim, który został wpuszczony do domu, odprawia modlitwę o wodę, usuwa ikonę z rąk dziewczyny i zwraca ją na swoje miejsce

Święty Mikołaj Cudotwórca
Widząc wysiłki komunistów, wiele osób zdało sobie sprawę, że nie ma dymu bez ognia: jeśli władze są tak gorliwe w wyciszaniu sprawy, to za tym wszystkim kryje się prawdziwe wydarzenie. Nowe szczegóły były przekazywane szeptem, ale najważniejsze jest to, że ludzie masowo zaczęli chodzić do świątyń. W mieście i regionie pozostało niewiele aktywnych cerkwi – większość za­mknęli komuniści ale odtąd były one przepełnione ludźmi. Według niektórych szacunków liczba osób, które otrzymały sakrament chrztu w tym okresie, była mierzona w tysiącach. Brakowało nawet dewocjonaliów - małych krzyżyków zawieszanych nowo ochrzczonym na szyi.
Wzrósł też oczywiście bardzo kult Świętego Mikołaja. Najbardziej czczony święty patron marynarzy i podróżników w Rosji nazywany jest Cudotwórcą, ponieważ jego cuda związane są z pomocą ubogim i cierpiącym ludziom. Przed jego ikonami paliły się teraz setki świec. Wielu zwracało się do niego w różnych potrzebach. Był nawet przypadek, kiedy Święty Mikołaj pomógł pewnemu komuniście znaleźć legitymację partyjną (jej brak w owych czasach był traktowany pra­wie jak przestępstwo). Ten dziwny starzec, który pojawił się w zamkniętym domu, jak twierdzą świadkowie, był bardzo podobny do przedstawień Świętego Mikołaja.
Zoe przeżywa straszne męki, żałuje i dochodzi do wiary
Sam Nicholas the Wonderworker przychodzi do Zoi
i uwalnia ją

Finał historii
Przyszła wiosna 1956 r., czas nasilonej walki z religią. Zbliżała się Wielkanoc. W raportach pisano, że we wsiach regionu kujbyszewskiego wielu ludzi wierzy w cud stojącej dziewczyny. Pomimo faktu, że felieton pt. Dziki incydent był szeroko omawiany, mieszkańcy wsi chodzili coraz częściej do cerkwi i przyjmowali Komunię Świętą. W czasie Wielkiego Tygodnia nie było słychać pieśni ani dźwięków akordeonu, a w kołchozie „Zwycięstwo” ani jedna osoba nie przyszła na pokaz filmu do klubu wiejskiego.
Zoja nadal stała. Ktoś z partyjnego dowództwa domyślił się w końcu, że trzeba wpuścić do domu księdza. W przeddzień Wielkanocy przybył tam słynny starzec, ojciec Serafin Tiapoczkin (według innej wersji był to Serafin Połoz), odprawił molebien (nabożeństwo w intencji żywych) przy Zoi, potem podszedł i ostrożnie wyjął z rąk dziewczyny ikonę. W tym momencie Zoja wyszła z odrętwienia.
Oczywiście strażnicy „królestwa kłamstwa” (czyli komunistyczna władza) nie mogli pozwolić na to, aby taki świadek jak Zoja Karnauchowa wrócił do świata. Od razu przeniesiono ją do specjalnego oddziału kliniki psychiatrycznej, gdzie została poddana „inten­sywnej terapii”, a dwa lata później wróciła do rodziny. Był to znany sposób walki z przeciwnikami sowieckiego reżimu, którym przypisywano nieraz „bezobjawową schizofrenię”. Po owej „terapii” Zoja została inwalidką. Nie poznawała swych bliskich, a wkrótce potem zmarła. W archiwach współczesnej Samary brak zapisów o jej narodzinach i śmierci. Nie wiadomo też, gdzie jest jej grób.
Smutny los spotkał wszystkich uczestników tej noworocznej imprezy. Wiktora Tarabarinowa skazano na 10 lat więzienia, a kiedy wrócił do domu, żył w ciągłym strachu i nikomu nie zdradził szczegółów z nocy sylwestrowej w 1955 r. Pod przymusem podpisał zgodę na utajnienie wszystkiego, co związane było z tym wydarzeniem. Część świadków aresztowano; niektórych wysłano do obozów, a po innych ślad zupełnie zaginął.
Mimo tej polityki władz do dziś żyje wielu bezpośrednich i pośrednich świadków tamtego zdarzenia. Starsze pokolenie dobrze pamięta to zamieszanie oraz atmosferę strachu, tajemniczości i zaskoczenia. W rodzinach strażników i lekarzy również nie zapomniano o tym cudzie. Dom przy ulicy Czkałowa przetrwał pożar. Chociaż obecnie wejście do budynku jest zabite deskami, to ludzie przynoszą tu kwiaty i się modlą. W pobliżu prawosławni hierarchowie ufundowali pomnik ku czci Świętego Mikołaja. Powstały artykuły i filmy o stojącej Zoi, a temu tematowi poświęcone są naj­popularniejsze programy telewizyjne.
Wyjętą z rąk Zoi ikonę Świętego Mikołaja ojciec Serafin zabrał ze sobą i nie rozstawał się z nią do końca życia. Nie wiadomo, gdzie obecnie się ona znajduje. Wiele szczegółów tej sprawy pozostaje nieznanych, a nikt, oprócz najwyższych organów władzy, nie ma dostępu do tajnych akt dotyczących Zoi. A jeśli to wszystko zostało tak bardzo utajnione, to tylko oznacza, że naprawdę miał miejsce cud. Jak zauważył A. Karaułow, samo KGB dowiodło niejako, że Bóg istnieje!
„Skamienienie” Zoi nie tyle było karą, ile błogosławieństwem dla Rosji. Bóg objawił cud Świętego Mikołaja w samym sercu udręczonego przez komunizm kraju, ponieważ ukochał Rosję i chciał dać „drugi oddech” swojemu uciskanemu Kościołowi oraz nadzieję ginącym od ateizmu dzieciom.
Tłum. i opr. Bartłomiej Grysa
Miłujcie się 4/2020

Ikona Św. Mikołaja Cudotwórcy
(ale nie ta od Zoi)
Dom nr 84 na ulicy Czkałowa w Samarze, w którym wydarzył się cud
Parafia św. Mikołaja w Bydgoszczy
Strona w sieci od 1 lipca 1999 r.
Wróć do spisu treści